Chodzili od domu do domu z kolędą na ustach. To nie spodobało się banderowcom, którzy skatowali młodych wówczas mieszkańców Oktawina na Wołyniu. To było najprawdopodobniej w grudniu 1942 roku lub na początku 1943 roku. W każdym razie po Bożym Narodzeniu. Pięciu chłopców w wieku 10-14 lat z Oktawina gmina Mikulicze ( wioska oddalona o 7 km od powiatowego miasta Włodzimierz Wołyński) zgodnie z tradycją chodziła po całej wiosce śpiewając kolędy.
Wspomnienia zdarzeń sprzed lat są wciąż żywe w pamięci Wacława Wicińskiego. Bolą…Wacław Wiciński
Wspomnienia zdarzeń sprzed lat są wciąż żywe w pamięci Wacława Wicińskiego. Bolą…

Autor zdjęcia: Leszek Wójtowicz

– U nas to się nazywało „bogaty wieczór" (nazwa może pochodzić od rusińskiego zwyczaju „bohaty weczer", kiedy dzień przed Nowym Rokiem dziewczęta wróżyły o pomyślności na rok następny, a po wsi chodziła młodzież poprzebierana za Cyganów, Żydów, wieszczków i składała ży­czenia – red.) – wspomina Wacław Wiciński (rocznik 1928), który obecnie mieszka w podzamojskim Sitańcu. – Szedłem ja, Tadzio Opała, Edmund Bomba, Janek, sierota, moi rodzice wzięli go na wychowanie, i Marian Maciąg, który teraz mieszka w Bydgoszczy. Mieszkańcy częstowali nas ciastkami i orzechami. Ja byłem przebrany za żyda, miałem wypchany na plecach garb.

Ukraińcy krzyczą „Halt!"

Kolędników zauważyli przejeżdżający furmanką Ukraińcy. – Krzyczeli „Halt, Halt!", jeden wystrzelił w powietrze z broni, drugi podbiegł do nas – wspomina pan Wacław.

Widząc, że to nie przelewki nasz rozmówca odrzucił na bok pałkę, którą miał za pasem, a która służyła do odganiania się od psów. Koledzy tego nie zrobili. – Najpierw zabraną któremuś z nich palicą w głowę dostał Edmund, później Tadek, a na końcu ja, bo Janek z Marianem schowali się za czereśnie – opowiada staruszek.

Wszyscy stracili przytomność. – Ale mnie uratował garb, bo po tej pałce miałem trzy pasy na plecach. Gdybym nie miał garba, może by mnie zabili? – zastanawia się nasz rozmówca.

Najbardziej poszkodowany był najmłodszy z kolędników, 10-letni wówczas Tadzio. – Bo bił mnie z całej siły po głowie – przyznaje Tadeusz Opała (rocznik 1932). – Przez nałożoną na głowę maskę miałem zasłonięte oczy. Krew mnie zalała.

Pierwszy przytomność odzyskał najstarszy z kolędników, Wacek. – Zaprowadziliśmy chwiejącego się na nogach Tadzia do mojego domu, bo było najbliżej. Miał guza dużego jak pięść. Moi rodzice odprowadzili go później do domu.

Chłopcy zgodnie rozpoznali w jednym z oprawców zięcia miejscowej Ukrainki. Nazywał się Dyrdiuk. Z karabinem w ręku stał prawdopodobnie drugi zięć kobiety o nazwisku Nowosad. Nie wiadomo czy należeli do UPA. – Moja mama bardzo się zdenerwowała i poszła z pretensjami do tej Ukrainki – opowiada pan Tadeusz. – Jej zięciowie w pokoju wódkę pili. Ukrainka mówi do mamy: „Wtikajte!", a wtedy wpadł do kuchni jeden z jej zięciów i kopnął moją mamę z całej siły w nogę.

Bolało, ale musiała uciekać.

Uciekli przez mordem

Kilka miesięcy później z Oktawina musieli uciekać wszyscy Polacy. Wioska miał około 100 numerów, ale mieszkały w niej tylko cztery rodziny ukraińskie. – Barański, Musiał, Dobko i Onufry – wylicza pan Wacław. – Siostra ojca została zamordowana, podobny los spotkał naszego sąsiada, jego żonę i ich pięcioro dzieci – opowiada Wiciński. – On był gajowym i myślał, że go nie ruszą, bo handlował drewnem. Myśmy uciekli w poniedziałek, a w środę wymordowali tych, co zostali.

Jego rodzice zostawili w Oktawianie dużą pasiekę, hektar sadu, cztery hektary lasu. – Dziadek ze strony ojca pochodził z Konopnicy k. Lublina, babcia z Gościeradowa, a matki rodzice z Janowa Lubelskiego – opowiada pan Wacław. – Wieś nazwali Oktawin, bo w oktawę Bożego Ciała tam osiedlali się Polacy.

Pod Bielinem zginął Janek-sierota. Razem się wychowywali, ale pan Wacław nie pamięta jego nazwiska. – Gdy zaczęli strzelać Janek nakrył się pierzyną, bo myślał pewnie, że kula nie przejdzie przez pierze – opowiada staruszek.

Cały Oktawin został spalony. Rodzina pana Wacława dotarła do Sitańca.

Do Hrubieszowa uciekła rodzina pana Tadeusza. – Moja ciotka, a więc rodzona siostra mojej mamy, wyszła za Ukraińca i dlatego była pewna, że jej bandyci nic nie zrobią – opowiada Opała.

Ale w lipcu 1943 roku upowcy przyszli do Kisielówki i nakazali mężowi, by ją zamordował. Odmówił. – Wtedy złapali ciotkę i na postronku wyprowadzili ją z mieszkania – wspomina pan Tadeusz. – Dwóch młodych ukraińskich sąsiadów zabiło ją bagnetem. Długo się męczyła...

Niewiadomo, co stało się z jej mężem. Córkę zabitej Zofii Krzeszowiec odnalazł w latach 50. wujek pana Tadeusza w podwłodzimierskim kołchozie Hobołtowa.

Podróż sentymentalna

Od lat 90. co jakiś czas odwiedzają swoją rodzinną wioskę. – Po naszym Oktawianie nie ma śladu – mówią zgodnie panowie Wacław i Tadeusz. – Wszystko przepadło.

Co się stało z ich oprawcami? – Nowosad był podobno w niemieckiej policji i zabił go Niemiec za to, że tamten uderzył go w twarz na jakiejś zabawie – opowiada pan Wacław. – Gdy kilka lat temu byłem na Wołyniu, to mówili, że Dyrdiuka też zabili.

Żyła wtedy jeszcze ich teściowa. – Zapytała jak się nazywam. „A, Pawła syn, z zięciówki". To była część Oktawina i tam kiedyś mieszkaliśmy. Dała nam kieliszki, bo mieliśmy ze sobą wódkę, a sama poszła do pokoju. Nie chciała z nami rozmawiać.
Autor ; Leszek Wójtowicz  - Moje Miasto. Zamość

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp5.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud1.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 518 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
8016253