Jedna z wielu dziwnych biografii
- Szczegóły
- Administrator
- Kategoria: Publikacje
- Odsłony: 2844
Kim był Stefan S ? Biografia zmarłego, prezentowanego jako ukraińskiego narodowego bohatera, ukazała się w 2015 roku w piśmie „Ukraina Mołoda”. I tak Stepan Vasilievich D. urodził się 19 stycznia 1920 roku w wiosce Harazdża w okolicy Łucka. Cytując, cała rodzina poświęciła swoje życie walce o wyzwolenie narodowe. Ukończył cztery klasy w rodzinnej wsi, po czym kontynuował naukę i pracował w Łucku. W 1938 roku został członkiem OUN, otrzymał pseudonim „Fedka”, ukrywał się przed polskimi władzami i aktywnie angażował się w działalność pod-ziemną. Wraz z nadejściem władzy radzieckiej pracował jako nauczyciel i przeszedł tzw. przekwalifikowanie nauczycieli mających uczyć narodowej historii. „Wojna w 1941 r. znalazła mnie sierotą. 15 maja moi rodzice i żona brata z pięcioletnią Miszą zostali zabrani przez Moskwę do regionu Tiumeń” - wspominał pan Stepan.
30 sierpnia 1940 r., unikając aresztowania, ponownie musiał się ukrywać przed Rosjanami. Wówczas dowodził już dystryktem Ostrożeck OUN. Jak można przeczytać, „zorganizował ruch wyzwoleńczy”, a po przywróceniu państwa ukraińskiego 30 czerwca 1941 r. współtworzył ukraińską administrację państwową. Przypomnijmy. Tego dnia Jarosław Stećko w pałacu Lubomirskich przy Rynku we Lwowie, w obecności około 60 nacjonalistów, ogłosił akt niepodległości Ukrainy. Później Stepan D. ponownie działał w podziemiu. Jesienią 1941 r. stał się przywódcą OUN powiatu łuckiego, a od lutego 1942 r. - szefem okręgu. W maju 1943 r. Stepan D. został mianowany referentem społeczno-politycznym oddziału regionalnego OUN, a następnie Okręgu Wojskowego „Tours” UPA - szefa politycznej kwatery głównej. Mamy znamienną połowę roku 1943!
Wołyń pozostał wspomnieniem
- Szczegóły
- Bogusław Szarwiło
- Kategoria: Publikacje
- Odsłony: 2755
Letnia lipcowa noc była cicha. Wszyscy już twardo spali. W chałupie słychać było miarowe, spokojne oddechy. Nocną ciszę przerwało gwałtowne, nerwowe stukanie do okna i krzyk:
– „Uciekajcie! Zaraz was zamordują! Idą od drugiego końca wsi!” – wołał Ukrainiec, sąsiad.
Wyrwana ze snu polska rodzina zarzuciła na siebie tylko kilka ubrań, do ręki chwycili koce i pobiegli w stronę lasu. Jadwiga pochodziła z okolic Wielunia, jej mąż – Mikołaj Winnicki – ze świętokrzyskiego, z miasta Końskie. Spotkali się na Wołyniu. Przed laty ziemię kupili tam jego rodzice, żeby ułożyć sobie życie. Słyszeli, że ziemie na Kresach są urodzajne i niedrogie. A teraz, ciężarna, biegła razem z trójką dzieci do lasu, zostawiając za sobą cały swój dobytek w Janówce pod Sarnami, swoje wołyńskie marzenie. Męża akurat nie było w domu.
Mama opowiadała, że w nocy, gdy wszyscy spali, rozlegało się bardzo głośne uderzanie w szyby i jakiś Ukrainiec przyszedł ostrzec, że już wieś się pali. Nasza chałupka stała na końcu, więc powiadomili i cała rodzina zdążyła uciec. Uciekliśmy do lasu i tam mama z daleka patrzyła, jak dopalała się ta nasza chałupka. – opowiada siostra Cecylia. Nie potrafi określić dokładnej daty całego zdarzenia. Z opowieści rodzinnych pamięta, że mama wrzuciła w czasie ucieczki z Janówki kilka ubrań do żyta, żeby potem po nie wrócić. Z tego możemy wnioskować, że mógł to być lipiec. Potem przez kilka miesięcy mieszkali w ziemiance zbudowanej nieopodal Janówki. Rodzina próbowała jakoś przetrwać: podchodzili co jakiś czas do swojego gospodarstwa po żywność, najpierw z wybudowanej niedaleko Janówki ziemianki, a potem już z miasta, z Saren.
O najlepszym z najlepszych żołnierzy Wołynia
- Szczegóły
- Sławomir Tomasz Roch
- Kategoria: Publikacje
- Odsłony: 2666
W Klubie im. Gen. Władysława Sikorskiego w Glasgow City 29 stycznia 2022 r. odbyło się spotkanie Klubu Historycznego, poświęcone osobie ppłk. Władysława Czermińskiego ps. „Jastrząb”. Organizatora samoobrony polskiej na Wołyniu, opierającej się zbrodniczej działaności ukraińskich nacjonalistów OUN - UPA oraz oficera 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, wraz z którą przeszedł szlak bojowy zmagając się z przeważającymi siłami okupanta niemieckiego i sowieckiego. Dziś chcę Wam opowiedzieć o „Pierwszym partyzancie Wołynia”. To zaszczyt móc Was zaprosić do wspaniałej przygody (1,5 godz.) o tym żołnierzu Wołynia, który się kulom nie kłaniał. Był bowiem prawdziwie najlepszym z najlepszych. I gdybym dziś miał usiąść, by napisać książkę „Siedmiu wspaniałych” w wersji polskiej to por. „Jastrząb”, byłyby tam z pewnością. Władysław Czermiński ur. się 15 sierpnia 1910 r. we wsi Jeżewo, gm. Zawidz, pow. Sierpc w województwie mazowieckim (na płn-wschód od Płocka). Ochrzczony w miejscowym kościele św. Bartłomieja. Ukończył seminarium nauczycielskie w 1929 r. w Wymyślinie (dziś dzielnica Sierpca). W 1932 r. ukończył Szkołę Podchorążych Piechoty w Krakowie. Był ambitny, kontynuował naukę jako student na Uniwersytecie Lwowskim. Warunki obiektywne zmusiły go do podjęcia pracy zawodowej. Pierwszą posadę jako pedagog otrzymał w okolicach Kostopola. Ród Czermińskich pochodził z Wołynia, a konkretnie z Dubna nad Ikwą. Jak sam miał mawiać: "Tam leżą kości moich przodków". Władysław Czermiński po roku zostaje przeniesiony do miasta Kowla (Zachodni Wołyń) do szkoły powszechnej im. Ignacego Mościckiego, w której prowadził lekcje wychowania fizycznego (WF).
Zbrodnia w Porycku
- Szczegóły
- Bogusław Szarwiło
- Kategoria: Historia
- Odsłony: 3012
Poryck (ukr. Pawłowka), 2-tysięczne przed wojną miasteczko, był jedną z niemal setki polskich miejscowości, które zostały zaatakowane przez upowców w tzw. „krwawą niedzielę”, 11 lipca 1943 r. Masakra Polaków w Porycku zaczęła się około godz. 11. W kościele pw. św. Trójcy i św. Michała Archanioła właśnie miała się zacząć msza święta. Wierni, głównie kobiety z dziećmi, zgromadzili się tłumnie w świątyni. Grupki ludzi stały jeszcze na zewnątrz, gdy pod kościół zajechały furmanki z upowcami w niemieckich mundurach. Otoczyli kościół. Tak zapamiętała następne zdarzenia Julia Gruszczyńska: "Siedziałam w ławce, niedaleko ołtarza, czekając na rozpoczęcie mszy św. razem z Józefą Chomiczewską i Walczak Walerią. Do Józefy Chomiczewskiej przyszła jej kuzynka Czaban Adamina, lat około 13, i opowiedziała to, co działo się przed kościołem (...). W kościele zrobił się szum, zamieszanie, ludzie chcieli wychodzić z kościoła. (...) W tym momencie rozległ się strzał i do kościoła weszła chwiejnym krokiem postrzelona kobieta. Wówczas nie wyszliśmy z kościoła, ale udaliśmy się na chór, a stamtąd z organistą Aleksandrem Zegarskim schowaliśmy się w wieży kościelnej, która była w tym czasie w remoncie. I tak, leżąc na deskach wśród rupieci i rusztowania, widziałam: wyszedł ksiądz (Bolesław) Szawłowski z zakrystii i stanął przed ołtarzem. Przemówił do ludzi, prosząc o spokój, stwierdzając, że smutny los nas spotkał, i zaczął się modlić. W tym momencie z zakrystii wszedł do kościoła jeden Ukrainiec i strzelił do księdza i kościelnego."
Ranny duchowny nadal modlił się i udzielał wiernym rozgrzeszenia. Po jakimś czasie znów do niego strzelono – padł na posadzkę. - Jednocześnie dwoma bocznymi drzwiami kościoła weszło dwóch Ukraińców z karabinami i każdy z nich, idąc obok rzędów ławek, zaczęli strzelać osobno do każdego człowieka. Zabijali pomału, z dokładnością, aby trafić w każdą osobę – wspominała dalej p. Gruszczyńska.
Uciekajcie. Nasi wszyscy pobici
- Szczegóły
- Bogusław Szarwiło
- Kategoria: Publikacje
- Odsłony: 2457
[…] zobaczyłam więcej mężczyzn z karabinami. Wyszłam z drugiej strony domu, przeskoczyłam przez płot, gdzie zostawiłam moją robótkę i zaczęłam uciekać. Kilkanaście metrów dalej spotkałam naszego sąsiada Jana Lisowskiego, który także uciekał ze swoim małym synkiem Franciszkiem. Krzyczałam do niego: Uciekajcie. Nasi wszyscy pobici. Zaczęliśmy uciekać przez pola. Trudno nam się biegło, ponieważ był to okres przed sprzętem zbóż. Nagle zauważyliśmy bandytę w zbożu. Zaczął do nas strzelać. Ja uciekałam szybciej, sąsiad zaś, ponieważ był z dzieckiem, został z tyłu. Bandyta biegł za mną. […] Sił mi ubywało. Nagle poczułam silne uderzenie, upadłam i straciłam przytomność. Dźwięczały mi w uszach przekleństwa wypowiadane przez bandytę. […] Gdy obudziłam się, to znaczy odzyskałam przytomność, nie wiedziałam, gdzie się znajduję. Bolało mnie całe ciało. Włosy miałam długie, mocno potargane, sukienka podarta, ciało całe pokrwawione. Chciało mi się bardzo pić. Czułam, że mam temperaturę. Ledwie wstałam, chociaż kręciło mi się w głowie. Zaczęłam iść, nie wiedziałam dokąd. Po drodze spotykałam ciała ludzi leżące na polach. Niektórych z nich znałam osobiście. Zbliżałam się w kierunku domów. Wiele z nich paliło się lub były już spalone. Szłam dalej. Zobaczyłam domostwo Ukraińca, który nazywał się Jurko Pawluk. Ukraińcy ci znali nas. Gdy weszłam do domu, to przedstawiłam się jako Markowska, a nie Sawicka. Wiedziałam, że człowiek ten znał bardzo dobrze mojego wujka Markowskiego. W tym momencie przyszła żona Pawluka i zaczęła lamentować, aby nie zostawać u nich. Mówiła, że oni również zginą, jeśli będą pomagać Polakom. Dała mi kawałek chleba i kwaśne mleko, opatrzyła rany. Chociaż Ukraińcy ci nie byli radzi, zostałam u nich. Wtedy okazało się, że tutaj przebywają jeszcze inni Polacy, a wśród nich moje młodsze siostry: Alina, która miała 12 lat i 3-letnia Krystyna. W sumie było tu 21 Polaków.
Napad UPA na Mizocz
- Szczegóły
- Bogusław Szarwiło
- Kategoria: Publikacje
- Odsłony: 2321
Atak oddziałów Ukraińskiej Powstańczej Armii na miasteczko Mizocz położone w powiecie zdołbunowskim województwa wołyńskiego i walki z oddziałem armii węgierskiej oraz policją, połączony z zamordowaniem ponad 100 Polaków i spaleniem większości zabudowy miejscowości. Atak miał miejsce w nocy z 24 na 25 sierpnia lub 31 sierpnia na 1 września 1943, podczas okupacji niemieckiej. Konsekwencją ataku była ewakuacja ocalałej polskiej ludności cywilnej do Zdołbunowa. Wcześniej: Dochodziło do zabójstw pojedynczych osób oraz w lipcu 1943 do mordu na 15 osobach pasących bydło. Podczas rzezi wołyńskiej do miasta ściągali polscy uchodźcy z eksterminowanych przez UPA wiosek; na cmentarzu codziennie dochodziło do pochówków przywiezionych zwłok. Od 1943 roku w miasteczku stacjonowała także kompania węgierska, która pomagała Polakom dokarmiając ich oraz przekazując broń. Latem 1943 roku kompania Niemców opuściła Mizocz, zmniejszyła się także załoga węgierska. Węgrzy oraz policjanci stacjonowali w budynkach pałacu hr. Dunina-Karwickiego oraz cukrowni, które znajdowały się w zachodniej części miasteczka. W sierpniu 1943 mizoczanie żyli w oczekiwaniu na atak UPA; tuż przed napadem Ukraińcy wyprowadzili się poza miasteczko. Stanisławę Kowalską przed atakiem ostrzegł Ukrainiec Dawidiuk. Pod koniec sierpnia 1943 (w nocy z 24 na 25 sierpnia bądź z 31 sierpnia na 1 września) krótko po północy dwa kurenie UPA (dubieński i krzemieniecki) zaatakowały Mizocz od strony wschodniej i przystąpiły do eksterminacji Polaków oraz palenia zabudowań. Mordowano głównie za pomocą broni białej (sierpy, siekiery, noże). Walkę z napastnikami podjęli polscy policjanci oraz uzbrojeni cywile, a także kompania węgierska. Walki oraz rzeź ludności trwały całą noc. Liczbę ofiar W. i E. Siemaszkowie oceniają na ponad 100, choć istnieją także wyższe szacunki. Ofiarami padli w większości uchodźcy z wiosek. Zdaniem Siemaszków istniejący w Mizoczu konspiracyjny pluton AK nie odegrał żadnej roli w obronie Polaków.